Adrian Zieliński jest bardzo dobrze znany mieszkańcom naszego miasta. W Bełchatowie się wychował, chodził tu do szkoły, a także trenował, a później współprowadził siłownię „Mikrus”. Z kolei osoby, które kiedyś miały przyjemność uczestniczyć w imprezach lub po prostu odwiedzić restaurację „Jan” znają młodego Bełchatowianina jako pełnego pasji i uśmiechu kelnera. Jak każda młoda osoba miał też plany na życie. Zaczął nową pracę, jako kierowca ciężarówki, a w 2024 zakochał się w dziewczynie. Wówczas nie zakładał jednak, że już za chwilę, wszystko się zmieni, a powodem będzie wypadek samochodowy.
- Nie jestem w stanie powiedzieć za dużo o wypadku. Film urywa mi się 14 listopada, kiedy kładę się spać i budzę się 5 grudnia. Z tego, co wiem, wyprzedzałem tira, zjechałem na swój pas, wpadłem w poślizg i wpadłem do rowu i uderzyłem w drzewa, ale to jest, to co powiedziała policja i kierowca, bo zatrzymał się i wezwał pomoc. Ciekawy jest fakt, że cały czas byłem przytomny. Jeszcze jak byłem w samochodzie połamany, sam podałem wszystkie dane, zadzwoniłem do siostry. W szpitalu podpisałem zgodę na operację, ale nic z tego nie pamiętam – mówi Adrian.
Fot. Restauracja Jan
Pierwsze chwile po wybudzeniu i diagnoza lekarzy
Mimo że Adrian nie pamięta wszystkiego, co działo się w trakcie wypadku i tuż po nim, w jego głowie pojawiły się jednak inne wspomnienia. Te z okresu śpiączki, gdy przebywał w szpitalu.
- Miałem wiele snów, cały czas przewijał się w nich motyw szpitali. Byłem w trzech szpitalach, brałem udział w jakimś dziwnym projekcie cukrzycowym, wszędzie w tych snach byłam przykuty do łóżka. Praktycznie sam nie wstawałem, jeździłem elektrycznym wózkiem po szpitalu, pomagałem lekarzom. To było tak realne, że nie jestem w stanie powiedzieć w którym momencie się wybudziłem, a kiedy był to jeszcze sen. W tych snach była cała moja rodzina i znajomi. Budzę się, a oni stoją nade mną. Nie wiem, który moment to jest wybudzenie – relacjonuje Adrian.
Później nadszedł już moment w którym trzeba było zmierzyć się z diagnozą lekarzy. Jak przyznaje młody Bełchatowianin, to, że nie czuje nóg, nie było dla niego zaskoczeniem. Po wybudzeniu zwrócił uwagę na zupełnie inną rzecz.
- Zdziwiony byłem, czemu nie czuję brzucha, bo ja nie czuję nic od klatki piersiowej. Tam nic nie pracuje, leżę jak kłoda, jak podniosę ręce do góry, to lecę do przodu, odchylę się i lecę do tyłu. Potem pomału przedstawiali mi, co się stało ze mną i dlaczego tak jest – wspomina Adrian.
Słysząc diagnozę lekarzy, nie załamał się, wręcz przeciwnie od samego początku postawił sobie za cel, że chce żyć dalej.
- Nie miałem takiego momentu zwątpienia, raczej cały czas myślałem pozytywnie i chciałem wstać i się podnieść, nawet nie tyle, co na nogi, ale żeby w ogóle siedzieć na łóżku, żeby pomału coś robić – mówi mężczyzna.
Fot. archiwum prywatne
Bariery, których na co dzień nie widzimy
Dziś Adrian stara się być samodzielny. W jego życiu od wypadku pojawiło się jednak wiele trudności, które ciężko jest pokonać. Największym problemem są ograniczenia stawiane przez ciało.
- Na początku wszystko szybko szło, później trochę zwolniło z powodu tego, że jestem silnie spastyczny. Te części ciała, których nie czuję funkcjonują sobie same. Nogi same skaczą, dlatego są na dole spięte paskiem. To utrudnia funkcjonowanie w nocy, bo jak spać jak nogi sobie skaczą. Można to porównać do tego, jak kogoś łapie w nocy skurcz w łydkę, to ja tak mam na całych nogach i brzuchu i nie mogę z tym nic zrobić. No ale staram się być coraz bardziej samodzielny, żeby coraz więcej robić – tłumaczy Adrian.
Nie jest to jednak jedyny problem mężczyzny. Aktualnie mieszka on bowiem na czwartym piętrze w bloku bez windy. Co prawda Adrianowi udało się znaleźć sposób na to, by nie zostać zamkniętym w czterech ścianach, wciąż jednak pozostaje zależny od innych.
- Mamy schodołaz, co prawda do obsługi jest potrzebna druga osoba, ale jest to na tyle proste, że moja dziewczyna spokojnie sobie z tym radzi. Może pierwsze użycie wydaje się trudne, ale później, jak ktoś już ma doświadczenie, to zapinamy i jedziemy spokojnie. Nie jest to jakiś duży wysiłek, żeby musiał być jakiś strong man do tego potrzebny. Kwestia jest tylko taka, że każde wyjście z domu muszę zaplanować i myśleć, kiedy i jak wrócę, bo jestem uzależniony od tego, kto mnie wwiezie na górę. Jakieś późne godziny np. niedziela wieczór, odpadają. Człowiek myśli, żeby gdzieś wyjść i się przejechać, ale nie chcę komuś głowy zawracać – relacjonuje Adrian.
Jak dodaje, próbował nauczyć się zjeżdżać po schodach samemu na wózku, jest to jednak alternatywa, którą można wykorzystać w nagłych przypadkach.
- Uczyłem się zjeżdżać po schodach przodem, ale na razie nie robie tego bez asekuracji i z 4 pietra to taki zjazd jest bardzo męczący. Mogę zjechać po schodach też tyłem trzymając się poreczy, ale wtedy obijam schody i wózek. Ogólnie zjazdy po schodach są zawsze ryzykowne i robi się to w ostateczności – wyjaśnia mężczyzna.
Inną przeszkodą, stawianą przez mieszkanie, była łazienka, w której Adrianowi ciężko było zmieścić się z wózkiem. Również to zostało jednak rozwiązane. W mieszkaniu pojawił się wygodny prysznic, a mężczyzna może teraz bez większych problemów korzystać ze wszystkich pomieszczeń.
- Zrobiliśmy remont łazienki, bo żebym mógł się wykąpać, to w grę wchodzi tylko prysznic, nic więcej nie przerabialiśmy, bo nie jestem w stanie powiedzieć czy będę tu mieszkał, jeśli to czwarte piętro jest blokadą. Więc nie robimy tu jakiś kosztownych zmian, żeby nie tracić pieniędzy, zwłaszcza że jestem w stanie dojechać do każdego pokoju. To, co potrzebuję jest zawsze pod ręką, a ogólnie jak na trzy osoby to nie jest małe mieszkanie – tłumaczy Adrian.
Wyzwaniem okazało się też kierowanie samochodem, które przed wypadkiem było dla Adriana pasją.
- Mam dostosowany pod siebie samochód. Na początku było to trochę dziwne, jak wsiadłem za kierownicę, bo z głowy ten impuls szedł do nogi, a ona się nie ruszała. Musiałem wyrobić nowy nawyk, żeby sterować ręką, ale jakoś się to udało. Tak samo musiałem się nauczyć hamowania w razie jakiejś awaryjnej sytuacji na drodze, ale teraz już wszystko robię bez problemu. Jakby ktoś zobaczył mnie w samochodzie, to nie powiedziałby, że jestem niepełnosprawny. Wiadomo, oznakowanie musi być, ale oprócz tego jestem jak zwykły kierowca – opowiada Adrian.
Rodzina, Bóg i wielka miłość są największą motywacją
Sytuacja, która spotkała Adriana, a także bariery które kolejno się pojawiały, złamałaby wielu ludzi, on jednak zachował pogodę ducha i cały czas stara się działać i rozwijać. Jak tłumaczy, największą motywacją byli dla niego bliscy, przyjaciele i Bóg.
- Wiara i modlitwa bardzo podnosiły mnie na duchu i oczywiście dużo dało to, co zobaczyłem po wypadku, czyli najbliższa rodzina, wszyscy przyjaciele, którzy byli ze mną cały czas, wspierali i dalej pomagają, to bardzo buduje. Bo jak się obserwuje, że ktoś koło ciebie chodzi, stara się o wszystko, to człowiek też się nie poddaje. Może to nie jest dobre myślenie, ale mam też świadomość tego, że zawsze mogło być gorzej – wyjaśnia.
Ogromnym wsparciem od samego początku była również jego dziewczyna Karolina, która mimo krótkiego stażu związku, nie opuściła go nawet na chwilę.
- Poznaliśmy się pod koniec września, 5 listopada zaczęliśmy oficjalnie być razem, a 15 już był wypadek. Nie zdążyłem jej nawet przedstawić w domu, poznali ją dopiero, jak byłem w śpiączce. Także jak się wybudziłem i zobaczyłem Karolinę z moją rodziną, to byłem zdziwiony co oni razem robią, a okazało się, że ona woziła rodziców do mnie samochodem. Do dziś cały czas mi pomaga i wspiera. Na początku była bardzo przejęta, teraz też obserwuje, że ja staram się bardziej działać, że staram się wszystko sam robić, to widzę, że jest ze mnie bardzo dumna i jej się to podoba – mówi Adrian.
To właśnie rodzina skontaktowała go z Fundacją Aktywnej Rehabilitacji, której członkowie zaczęli wdrażać młodego mężczyznę w temat niepełnosprawności i tego, jak sobie radzić w nowej rzeczywistości.
- Są osoby, które wstydzą się pokazać na wózku. Ja nigdy czegoś takiego nie czułem. Jak tylko Dawid z FAR-u przyjechał do mnie z wózkiem, to nie miałem czegoś takiego, że patrzę na wózek i myślałem, że go nie chcę, ja chciałem po prostu wstać z łóżka. Po dwóch miesiącach leżenia już mi się nie chciało leżeć – żartuje Adrian.
Jak dodaje, fundacja i spotkania z innymi osobami na wózkach pozwoliły mu też stopniowo budować większą niezależność.
- Organizują obozy sprawnościowe z doskonalenia techniki jazdy, funkcjonowania na wózku. Jak jeździłem po rehabilitacjach, to też poznałem wiele osób i tak trzymamy się razem. Na początku września byłem na obozie z FAR-u. Taka rozmowa bardzo pomaga i mnie i myślę, że im też – mówi Adrian.
Pasje można mieć również jeżdżąc na wózku
Adrian mimo przeciwności, które stawia mu los, cały czas stara się też żyć aktywnie i realizować swoje pasje na tyle, na ile pozwala mu na to ciało. Można go spotkać m.in. podczas męskiego różańca obywającego się co miesiąc na ulicach naszego miasta.
- Staram się chodzić razem z moimi przyjaciółmi Jurkiem i Markiem. Nie jesteśmy regularnie, bo wiadomo albo ktoś nie może, albo też jest to uzależnione od sprowadzenia i wprowadzenia mnie, ale chłopaki mi pomagają. Zawsze byłem religijny, także ten męski różaniec nas jakoś połączył – wspomina Adrian.
Co więcej, Adrian wciąż zachował w sobie pasję do sportu. W jego życiu wciąż obecna jest siłownia. Miał okazję spróbować też wielu nowych dyscyplin, a jedna wyjątkowo przypadła mu do gustu.
- Staram się ćwiczyć, na tyle na ile mogę, w warunkach domowych. Wiadomo na tyle, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Jest taka grupa Sportowe Diabły Łódź, to jest rugby na wózkach, bardziej traktuje to na razie jako rehabilitację, ale grałem, brałem udział w treningach nauce zasad i jakieś mecze też już były. Mamy drużyny 4-5-osobowe, każdy tzw. ragbówkę, czyli taki specjalny wózek którym można się zderzać. Jest piłka do siatkówki, którą zawodnicy sobie podają i trzeba z nią wjechać wózkiem w bramkę przeciwnika. Nie jestem jakimś zawodowcem, ale jest to super rozrywka i tak jak wspomniałem inna forma rehabilitacji, bo wymaga dużej siły i wzmacnia organizm – relacjonuje Adrian.
Jak dodaje, próbował również wielu innych sportów takich jak tenis stołowy, czy koszykówka. Jednocześnie podkreśla, że na pierwszym miejscu zawsze jest leczenie. Tutaj jednak problemem mogą okazać się fundusze.
Fot. archiwum prywatne
Specjalistyczna terapia szansą na większą sprawność
Nadziei na większą sprawność młody Bełchatowianin upatruje w innowacyjnym zabiegu, który wykonuje klinka w Genewie. Jak wyjaśnia, jest to pewnego rodzaju ominięcie uszkodzonego odcinka rdzenia.
- Sygnał z mózgu płynie przez rdzeń kręgowy, ale on jest gdzieś tam przerwany i sygnał w tym miejscu nie przechodzi. W ramach tego zabiegu wszczepia się dwa nadajniki. Jeden wyłapuje ten impuls z głowy, a drugi, który znajduje się poniżej uszkodzenia, odbiera go i przekazuje do tej części rdzenia, która jest zdrowa. Czyli robimy taki mostek tego uszkodzenia. Udało mi się skontaktować z panią profesor neurobiolog, która się tym zajmuje. Zgłosiłem się jako chętny do projektu i teraz czekam na odpowiedź. Wiadomo, nie jest tak, że to zrobimy i ja wstanę i zacznę chodzić. Bardziej chodzi o to, żebym mógł poruszać nogami. Samo to żeby móc się na nich wesprzeć czy móc podnieść z łóżka to już będzie ogromny sukces – tłumaczy Adrian.
Do czasu wykonania operacji Adrian cały czas bierze udział w fizjoterapiach. Zabiegi i ćwiczenia sprawiają, że jego ciało nie jest aż tak dużą przeszkodą w codziennym funkcjonowaniu. Są również przygotowaniem do ewentualnego zabiegu.
- Rehabilitacja pomaga mi walczyć z tą spastycznością i dbać o zachowanie ruchomości w stawach. Chodzi o to, żeby to wszystko cały czas pracowało, żeby te nerwy żyły, bo operacja w Szwajcarii pomoże, tylko jeśli tam wszystko będzie dobrze. Jeśli dalej nie będzie nerwów, to ten zabieg nic nie da – tłumaczy mężczyzna.
Fot. archiwum prywatne
Adrian wciąż czeka na odpowiedź i kwalifikację do leczenia, już teraz wie jednak, że będzie to wymagało ogromnych nakładów finansowych, na których nie stać jego rodziny. W tym celu na portalu zrzutka.pl założona została zbiórka dla Adriana, za pomocą której, każdy nawet najdrobniejszą wpłatą może wspomóc go w walce o zdrowie. Pomoc mieszkańcowi naszego miasta można przekazać również przez Fundację Avalon. Co ważne, Adrian zapewnia, że wszystkie pieniądze ze zbiórki będą przeznaczone wyłącznie na jego leczenie i terapie, która jest niezwykle kosztowna.
- Zbiórkę mam przeznaczoną typowo na tę operację, czy też pod kątem rehabilitacji, na to płyną te pieniądze, a nie na jakieś zachcianki. Nie może być tak, że ludzie mi zaufali, dali pieniądze, ja je wezmę i wydam na coś innego. Rehabilitacja jest kosztowna. Byłem na takiej prywatniej terapii w Aksonie we Wrocławiu i to jest super przeprowadzone, ale kosztuje 10 tys. zł za dwa tygodnie. Do tego dochodzą koszty utrzymania się, czy wyżywienia – mówi Adrian.
Taka kwota to jednak tylko kropla w morzu potrzeb, które jeszcze się pogłębi, gdy Bełchatowianin dostanie szansę na operację. Dlatego potrzebna jest pomoc osób dobrego serca. Aktualnie na zbiórce widnieje kwota nieco ponad 91 tys. zł, jej cel to jednak 750 tys. Wesprzeć można ją pod linkiem: Operacja w Szwajcarii – moja szansa, by znowu chodzić.
Komentarze (0)