Pani poseł, ostatnio głośno się zrobiło o Małgorzacie Janowskiej po głosowaniu w sprawie Funduszu Odbudowy. Dlaczego zagłosowała pani przeciwko? Szefostwo partii zadowolone raczej nie było...

Trzy kwestie zaważyły na tym, że nie zagłosowałam z linią partii. Głosowanie w sprawie ratyfikacji dotyczyło 270 mld zł kredytu, bo pozostałe 500 mld zł i tak byśmy dostali z unijnego budżetu. Wyraziliśmy zgodę na to, aby UE mogła w naszym imieniu zaciągnąć kredyt, wobec którego wszystkie kraje członkowskie są żyrantami. Krótko mówiąc, jeśli któreś z państw nie będzie w stanie sprostać temu zobowiązaniu finansowemu, to będziemy musieli je spłacać. Nie zamierzałam tego popierać. Kolejna kwestia, głosując za ratyfikacją wyraziliśmy zgodę na to, aby UE mogła nakładać na nas podatki. Jednak najważniejsza sprawa dla mnie i dla naszego regionu to fakt, że ratyfikacja Funduszu Odbudowy oznacza przeznaczenie połowy tej kwoty na likwidację energetyki konwencjonalnej, czyli tzw. transformację energetyczną. Wiadomo co to oznacza dla Bełchatowa...

Po głosowaniu zaczęły pojawiać się głosy o konsekwencjach wobec nieposłusznych posłów. Jednak kilka dni później odpaliła pani prawdziwą „bombę". Na portalu społecznościowym napisała pani: „Dziś słyszę, że chcą ukarać moją rodzinę...". Sprawa odbiła się głośnym echem w całym kraju. O co dokładnie chodziło?

Dostałam telefon od dwóch różnych osób związanych z polityką na szczeblu krajowym, że takie partia ma plany i będzie ukarana moja rodzina. Nie omieszkałam o tym powiedzieć, bo uważam, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, skoro moja rodzina nie jest w żaden sposób związana z polityką. Jeśli chodzi o bliskie mi osoby, zawsze będę stanowczo reagować, gdy tylko będą zagrożone.

Chodziło o męża zatrudnionego w jednej ze spółek zależnych PGE...

Dokładnie. Usłyszałam: Małgosia, chcą ukarać twoją rodzinę. Mówię to głośno i wyraźnie. Chociaż nie określono wprost, jak ma to wyglądać, logika wyraźnie podpowiada, że chodziło o zwolnienie z pracy. Mąż trzyma się z dala od polityki, wszystko co osiągnął, zawdzięcza swojej ciężkiej pracy. Szybko zareagowałam na sytuację. W pracy nie otrzymał żadnych sygnałów o zamiarze zwolnienia.

Czy była jakaś reakcja na Pani słowa z kierownictwa partii? Jakieś oficjalne kary?

O sprawie zrobiło się głośno. Reakcji jednak nie było. Być może moje działania spowodowały, że jeśli ktoś rzeczywiście chciał podjąć decyzję o ukaraniu rodziny, to musiał się z niej wycofać... Oficjalnych kar też jeszcze nie ogłoszono. Mogą mnie zawiesić w członkostwie partii, mogę być wyrzucona z klubu, ale matematyka sejmowa jest nieubłagana. Długoterminowa kara to nieobecność na liście PiS w przyszłych wyborach.

A co z pozostałymi posłami, którzy zagłosowali przeciwko dyscyplinie partyjnej. W ich przypadku też partia chciała się zemścić? Odbierali takie sygnały?

Anna Maria Siarkowska miała wcześniej takie sytuacje, m.in. w związku jej wypowiedziami o segregacji sanitarnej. Już przed głosowaniem napisała, że dotarły do niej informacje o tym, iż nie podoba się kierownictwu partii, co robi i mówi ostatnio. Uprzedzono ją, że może spodziewać się niewybrednych ataków.

Może w przypadku pani, jak i koleżanki, to było ostrzeżenie przed kolejnymi głosowaniami. Pogrożono palcem nieposłusznym posłankom...

Nie można wykluczyć sytuacji, że w Senacie będą poprawki i w Sejmie będzie trzeba ponownie głosować w sprawie Funduszu Odbudowy. I w tym momencie podczas głosowania takie groźby, gdzieś tam z tyłu głowy będę miała. Ale czy na tym polega bycie posłem obywateli?

Wróble w Bełchatowie ćwierkają, że poseł Janowska przejdzie do Solidarnej Polski...

Nie planuję na razie żadnego przejścia. Polityka jest tak nieprzewidywalna i zmienia się z dnia na dzień, że ciężko jest mi określić co zrobię. Na chwilę obecną czekam, jaką decyzję wobec mnie podejmie Prawo i Sprawiedliwość. Mam takie przeświadczenie, że scena polityczna mocno się zmieni w najbliższym czasie. Dostrzegam przesilenie zarówno w opozycji, jak i po prawej stronie. Czekam i obserwuję.

Ale to nie jest jednak tak, że drogi posłanki z Bełchatowa i partii rządzącej, jednak trochę się rozchodzą. Wystarczy wspomnieć tylko o tak drażliwym temacie jak polityka energetyczna. W tej kwestii partia, jak i jej liderzy zdecydowali zmienić front. Na konferencjach pojawia się pani teraz częściej z byłym wiceministrem Kowalskim z Solidarnej Polski...

PiS w 2015 i 2019 roku szło do wyborów z jasnym przekazem – węgiel to polskie złoto. To na nim miała opierać się nasza suwerenność energetyczna. Ja w to wierzyłam i to obiecywałam wyborcom, taką informację dostawałam też od partii – energetyka konwencjonalna to podstawa. Tak samo było w sprawie Złoczewa. I nagle zaczyna się pandemia, a wizja suwerenności energetycznej zupełnie się zmienia. Nikt z nami posłami o tym nie rozmawiał. Dla mnie to też jest szok. Gdybym zagłosowała za Funduszem Odbudowy, który zakłada likwidację energetyki konwencjonalnej, to wyszłabym na hipokrytkę. Przykro mi, że wielu polityków z naszego okręgu, którzy przyjeżdżali na Barbórkę i święto energetyków, w tej chwili chowa głowy w piasek i głosują nad likwidacją tej branży.

Działa pani w nowym zespole parlamentarnym, który zajmuje się sprawami suwerenności energetycznej. Co z poprzednim powołanym w sprawie Złoczewa?

Ze względu na pandemię tych spotkań było niewiele. Minister Kowalski stworzył nowy zespół. Prawda jest taka, że cele jakie sobie stawialiśmy w zespole ds. Złoczewa, realizowane będą teraz w nowym gremium. O niektórych kwestiach trzeba głośno mówić. Jest to miejsce, gdzie można rozmawiać i przedstawiać pomysły, a później pisać interpelacje. Nie da się ukryć, że mamy ograniczone pole działania, mniejsze niż np. komisja sejmowa.

Czy ktoś w środowiskach politycznych wierzy jeszcze, że odkrywka Złoczew powstanie?

Myślę, że nie. Niestety fakty są takie, że podobnie jak mieszkańców, to także nas posłów z regionu okłamano w tej sprawie.

Wygląda to więc tak, że decydenci na szczytach partii rozdają karty, a szeregowi parlamentarzyści dowiadują się o wszystkim po fakcie?

Ludzie, którzy wiedzieli o tym, co się święci w energetyce, po prostu nie przekazywali tych informacji dalej... Wcześniej może próbowano walczyć o energetykę opartą na węglu, walka ta została jednak przegrana.

Czy z tej opowieści kreuje się taki obraz, że w Polsce poseł traci na znaczeniu?

Pojedynczy poseł nie ma takiej mocy. Robię co mogę, rozmawiam z ministrami, często te słowa są uważnie słuchane. Jednak jeśli UE narzuca politykę energetyczną, pojedynczy poseł nie jest w stanie nic zrobić...

Nie odnosi pani wrażenia, że straciła w oczach tysięcy wyborców, którzy oddali głosy na Małgorzatę Janowską w ostatnich wyborach. Na wizerunku zaważył nie tylko brak Złoczewa, ale też słynna już przedwyborcza konferencja w sprawie sponsora dla GKS. Górnicy, energetycy, kibice uwierzyli i zagłosowali. Co im pani powiedziałaby dziś?

Walka kampanijna jest bardzo brudną walką. Krótko mówiąc padłam ofiarą partyjnych przepychanek. Dokument w postaci uchwały zarządu PGE GiEK w sprawie sponsoringu był podpisany. Widziałam go na własne oczy. Decyzję zablokowano w Warszawie, po interwencjach innych polityków. Były naciski na prezesa Baranowskiego, który wcześniej obiecał pieniądze dla GKS. Okazało się, że największym wrogiem był kolega z listy,  który chcąc zwiększyć swoje szanse uderzył we mnie i mieszkańców naszego miasta,  zamiast skupić się na szukaniu poparcia w swoim. To była bratobójcza partyjna walka. Nie dziwię się ludziom, że są rozżaleni. Też bym była. Mogę powiedzieć tylko przepraszam.

Często odwiedza pani Kleszczów?

Byłam ostatnio przejazdem (śmiech).

Do podziału gminy nie doszło, ale drugi rok z rzędu pieniądze dla sąsiadów z Funduszu Solidarnościowego popłynęły. W kontekście problemów, z jakimi wkrótce może zmagać się Bełchatów i potrzebnych pieniędzy na inwestycje, nie żałuje pani, że w tej sprawie zatrzymała się trochę w pół drogi?

Może to połowiczny sukces, bo chciałam, aby pieniądze były większe. Mimo wszystko co roku ponad 10 mln zł na inwestycje dla gmin powiatu bełchatowskiego uważam za wielki sukces. Wcześniej Kleszczów nie dzielił się chętnie swoim bogactwem. Teraz to się dzieje. Czy zatrzymałam się w pół drogi? Za podziałem był premier Morawiecki, decyzja zapadła jednak na Radzie Ministrów większością głosów.

Minęło już kilka lat odkąd jest pani w polityce. Czy poseł Janowska zrobiłaby coś inaczej lub czegoś żałuje?

Nie wyszłabym na konferencję w sprawie GKS-u.

Dziękuję za rozmowę.