Do największego wyłączenia bloków w historii bełchatowskiej elektrowni doszło w maju 2021 roku. Pracę zaczęła popołudniowa zmiana, gdy około godz. 16.30 nagle na nastawniach bloków zgasły światy, urządzenia stanęły. Dyżurni po chwili zorientowali się, że nie działa... aż dziesięć spośród jedenastu pracujących bloków Elektrowni Bełchatów. Szybko ustalono, że problem nie leży jednak po stronie elektrowni. Do awarii doszło w oddalonej o kilka kilometrów rozdzielni w Rogowcu, należącej do Polskich Sieci Elektroenergetycznych. Pracownicy ustalili, że zadziałały systemy zabezpieczeń elektrowni. Bloki zareagowały poprawnie – wyłączyły się automatycznie, tak jak powinny.
Zgasły światła, pracownicy w szoku
W tym samym czasie prąd produkował najmłodszy w elektrowni blok 858 MW. Dlaczego wciąż działał, w przeciwieństwie do pozostałych? Wyprowadzenie mocy z tego bloku skierowane było do innego węzła rozdzielczego – oddalonego o 42 km od elektrowni. Sytuacja była o tyle groźna, że bełchatowski gigant jest największą elektrownią w Polsce, która zapewniała nawet do 20 proc. krajowego zapotrzebowania na prąd. Tymczasem w jednej chwili z krajowego systemu elektroenergetycznego „wypadły” jednostki o łącznej mocy ok. 3600 megawatów.
Natychmiast podjęto działania konieczne do ponownego włączenia bloków, które trzeba było uruchamiać etapami. Jak tłumaczyli wówczas energetycy, nie można było zrobić tego równocześnie, bo na to nie pozwala technologia. Czynnikiem niezbędnym do uruchomienia i pracy bloków jest para, którą do ponownego uruchomienia pierwszej z nieczynnych jednostek… „pożyczono” z bloku 858 MW. Była ona potrzebna bowiem do rozpalenia kotła pierwszego z niepracujących bloków. Zaledwie po sześciu godzinach, tuż po godz. 23 uruchomiono pierwszy z nieczynnych bloków. Ostatnią z dziesięciu wyłączonych jednostek włączono wieczorem następnego dnia.
Dlaczego wyłączyły się bloki w elektrowni?
Już kilka tygodni później Polskie Sieci Elektroenergetyczne, do których należy obiekt, mówiły o możliwym błędzie ludzkim. Później taką wersję zdarzeń potwierdzał również prezes spółki. Wyjaśnieniem całego zdarzenia zajęła się specjalnie powołana przez PSE - Komisja Badania Zakłócenia. W lipcu 2021 roku opublikowano ustalenia komisji, która podała przyczynę awarii w rozdzielni i późniejszego wyłączenia bloków elektrowni. W dniu zdarzenia trwały prace związane z instalacją nowej automatyki oraz czynności łączeniowe.
Jak podkreślono w raporcie, wykonane one zostałyby z nastawni stacji, jednak w tym przypadku to się nie powiodło przez awarię napędu odłącznika szyby obejściowej. Zgodnie z procedurami dwóch dyżurnych stacji miało zamknąć odłącznik na miejscu. Wówczas jeden z pracowników popełnił błąd, których uruchomił cały ciąg zdarzeń.
- Dyżurny, myląc szafki sterowania, podszedł do uziemnika i wyłączył blokadę zabezpieczającą uziemnik przed nieuzasadnionym sterowaniem. Następnie przekonany, że steruje odłącznikiem, zamknął uziemnik na linię będącą pod napięciem, doprowadzając do zwarcia – informowało PSE.
Komisja badająca całą sprawę ustaliła, że w normalnych warunkach skutkiem takiego działania byłoby prawidłowe zadziałanie automatyki zabezpieczeniowej. Tak się jednak nie stało i błąd miał katastrofalne skutki. Dlaczego? Okazuje się, że pomyłka pracownika może nie byłaby tak odczuwalna dla energetyki, gdyby nie… wady konstrukcyjne sprzed 40 lat, które odkryto sprawdzając uziemienie i rozkopując teren. Źle wykonana siatka uziemiająca sprawiła, że „bardzo duży prąd zwarciowy”, szukając najkrótszej drogi, aby rozpłynąć się po instalacji uziemiającej, popłynął ekranami kabli sterujących, które nie są do tego przystosowane.
W podsumowaniu raportu komisja stwierdziła, że bezpośrednią przyczyną awarii był błąd ludzki, który doprowadził do niespotykanie dużego zwarcia. Zauważono jednak, że wykonane w latach 80. uziemienie stacji okazało się niezgodne z projektem, a przez to „nie było w stanie odprowadzić dużego prądu zwarciowego pochodzącego z uziemionego pola”.
Energetycy na akademii, a tymczasem…
Okazuje się, że to nie była pierwsza taka sytuacja, gdy nagle wyłączyły się działające bloki Elektrowni Bełchatów. Do „blackoutu” doszło również 17 września 1986 roku. Tego dnia w samo południe przewidziana była uroczysta akademia z okazji Dnia Energetyka. W ruchu było w sumie 6 bloków o mocy 360 MW każdy. Pracownik, który prowadził zmianę na stanowisku Dyżurnego Inżyniera Ruchu Elektrowni poprosił jednego z kolegów o przyjęcie zmiany tak, by mógł wziąć udział w akademii.
Całą historię we wspomnieniach na łamach „Monografii Elektrowni Bełchatów z lat 1973-1998” opisał wieloletni pracownik elektrowni – Bolesław Cirkos, który przystał na prośbę kolegi, jednak absolutnie nie spodziewał się tego, co miało wkrótce nastąpić.
- Wszystko wskazywało, że będzie to spokojna praca. Nie było żadnych istotnych problemów ruchowych. Widoczne na tablicy synoptycznej zmiany stanu wyłączników w Rozdzielni Rogowiec, wynikające z wykonywanych przez obsługę stacji przełączeń, nie wskazywały, że za kilkanaście minut będzie to przyczyną poważnej awarii systemowej – wspominał Bolesław Cirkos.
Kilka minut po godz. 13 zgasło światło na nastawni, a na wskaźnikach mocy Elektrowni Bełchatów zamiast 2160 MW pojawiło się 360 MW, a po chwili… 0 MW.
- Na tablicach synoptycznych elektrowni i stacji Rogowiec paliły się tylko zielone diody informujące o wyłączeniu wszystkich urządzeń. Wskaźniki napięcia na rozdzielni 220 kV wskazywało zero. Przestały działać telefony. Zrobiła się niesamowita cisza. Jedynie na maszynowni chwilami było słychać odgłos rozrywanej klapy bezpieczeństwa na korpusie części NP. turbiny. Sytuacja była groźna. Miałem świadomość, że jeśli w czasie kilkunastu minut nie zdołam przywrócić napięcia na potrzeby własne, może dojść do zniszczenia łożysk turbozespołów i dużych strat w Elektrowni Bełchatów – wspomina na stronach monografii wieloletni pracownik elektrowni.
Jak dodał, na całe szczęście obsługa stacji Rogowiec po kilku bardzo „długich” minutach podała napięcie na rozdzielnię 220 kV.
- Załączyłem transformator TR1 i przywróciłem napięcie na pozostałych rozdzielniach głównych elektrowni. Sytuacja została opanowana. Po rozpoznaniu przyczyn awarii, wspólnie z kolegami biorącymi udział w akademii, przystąpiłem do uruchamiania bloków energetycznych. Trwało to do końca drugiej zmiany – wspomina Bolesław Cirkos.
Komentarze (0)