Historia budowy największej elektrowni w Polsce sięga aż 1960 roku, gdy w niewielkiej wiosce Piaski pod Bełchatowem trwały wiercenia poszukiwawcze., podczas których próbowano zlokalizować złoża ropy i gazu, a odkryto pokłady węgla brunatnego. Pierwsze wyniki badań geologicznych były bardzo obiecujące i wykazały, że w rejonie Bełchatowa znajduje się ponad 2 mld ton węgla, zalegającego na głębokości 70 metrów. Cztery lata później Minister Górnictwa i Energetyki wydał zarządzenie w sprawie przygotowania budowy „Kombinatu Górniczo-Energetycznego Bełchatów”. Pierwsze optymistyczne założenia zakładały 30-letni okres eksploatacji, a roczne wydobycie szacowano na 49-64 mln ton brunatnego paliwa, co odpowiadało elektrowni o mocy 6000-8500 MW. Bełchatów na swoją szansę musiał jednak poczekać.
- Nadmiar produkcji węgla kamiennego w krajach Europy Zachodniej w połowie lat sześćdziesiątych i związana z tym zapaść w eksporcie naszego węgla kamiennego na tamtejsze rynki – przy dążności do utrzymania jego niezmiennego wydobycia (obawa bezrobocia na Śląsku) – spowodowały odłożenie realizacji odkrywki i elektrowni bełchatowskich na dalszą przyszłość – wspomina Damazy Laudyn, jeden ze współautorów monografii poświęconej historii Elektrowni Bełchatów w latach 1973-1998.
Jesienią 1971 roku Prezydium Rady Ministrów podjęło w końcu decyzję w prawie rozpoczęcia prac przygotowawczych do budowy „Kombinatu Paliwowo-Energetycznego Bełchatów”. Wznowiono prace projektowe. Skala przedsięwzięcia była ogromna. Początkowo przewidywano wydobywanie przez kopalnię 40 mln ton węgla na rok i budowę dwóch elektrowni: Rogowiec (2800 MW) i Osiny (2100 MW). Decyzja o budowie kopalni i elektrowni zapadła w 1973 roku, co było pokłosiem światowego kryzysu energetycznego i wzrostu cen baryłek ropy. Kraje dysponujące zasobami węgla brunatnego przystąpiły do ich intensywnej eksploatacji.
Rusza budowa kombinatu górniczo-energetycznego
Po analizach i ekspertyzach zdecydowano się na budowę „Elektrowni Bełchatów I” z 12 blokami energetycznym (360 MW) o łącznej mocy 4320 MW. W 1975 roku Biuro Polityczne PZPR przyjęło program budowy „Zespołu Górniczo-Energetycznego Bełchatów”, który przewidywał uruchomienie pierwszego bloku energetycznego w 1980 roku, a ukończenie inwestycji w 1985 roku.
Rozpoczęły się pierwsze wstępne prace, a w październiku wydano pozwolenie na budowę. To był jednak początek, bo ogrom całego przedsięwzięcia porażał. Na potrzeby kompleksu wywłaszczono kilkaset hektarów, a także wylesiono ogromne tereny pod budowę elektrowni oraz jej zaplecza. Musiały powstać sieci dróg, torów kolejowych, rurociągów i innych instalacji, które umożliwiłyby funkcjonowanie tak ogromnego placu budowy. Inżynierowie zmagali się z wieloma trudnościami, doskwierał też brak pracowników, których ściągano do Bełchatowa z całej Polski. Zaczęły się też opóźnienia, bo brakowało materiałów i urządzeń, które mozolnie sprowadzano na teren budowy. Prace posuwały się jednak do przodu. Wylano fundament pod ogromny kocioł w bloku nr 1, zaczęły się wykopy w miejscu, gdzie miała stanąć pierwsza z chłodni kominowych.
Do niewielkiego Bełchatowa zaczęli przyjeżdżać budowlańcy, energetycy, a także kolejni inżynierowie i wykwalifikowani specjaliści z najróżniejszych krańców Polski. Miasto zaczęło się rozrastać, tak jak ogromny kompleks energetyczny, który trzeba było zbudować od podstaw. W mieście niczym grzyby po deszczu w szybkim zaczęły powstać całe osiedla mieszkaniowe, szkoły, zakładowe przedszkola i żłobki.
Ostatecznie pierwszy prąd z Bełchatowa popłynął 29 grudnia 1981 roku, czyli po siedmiu latach od rozpoczęcia budowy. Dokładnie o godz. 15.20 pierwszy oddany do użytku blok energetyczny o mocy 360 megawatów został włączony do krajowej sieci energetycznej. Przez pierwsze dni świeżo oddany do użytku blok nie mógł jednak pracować na pełnych obrotach, trwały bowiem prace rozruchowe. Dopiero na początku 1982 roku moc turbogeneratora osiągnęła 200 megawatów.
Dramatyczne chwile na budowie Elektrowni Bełchatów. Wichura przewróciła dźwig
Elektrownia wciąż była jednym wielkim placem budowy. Inwestycja cały czas postępowała, a do końca było jeszcze daleko. W kolejnych latach systematycznie do użytku oddawane były kolejne bloki. Niestety nie obyło się bez wypadków. W 1984 roku doszło do gigantycznej katastrofy budowlanej. Wszystko za sprawą wichury i wiatru, który wiał z prędkością 180 km/h.
- Tamten dzień zaczyna się normalnie. Normalnie, jak na nienormalne warunki. Wiatr wył od piątku, a komunikaty meteorologicznej nie zapowiadały uspokojenia. Wręcz przeciwnie, w sobotę rano nad Bełchatowem zaczęła szaleć wichura (…) Dźwig leciał powoli, majestatycznie. 75-metrowy „Potain” umocowany na 75-metrowej stalowej konstrukcji (właśnie montowano kocioł „szóstki) runął w dół rozpoczynając reakcję łańcuchową. Pociągnął za sobą dźwig Peinera stojący na ziemi („zgniótł go jak kartkę papieru”) i obydwa – kilkusettonowa stalowa masa – spadły na budynek elektrofiltru niszcząc galerię, tzw. Most nawęglania elektrofiltru tej „piątki” która lada dzień miała ruszyć (…) – tak relacjonowała dramatyczne zdarzenie Halina Zielińska na łamach gazety „Fundamenty”.
Niestety były ofiary śmiertelne. Zginęło trzech pracowników. O katastrofie na budowie bełchatowskiej elektrowni informował też Dziennik Telewizyjny.
- Złamała się wieża żurawia zamontowanego na wysokości 76 metrów, spadająca konstrukcja uderzyła w drugi żuraw, przęsło pomostu i dach elektrofiltru, szalejący wiatr utrudniał akcję ratowniczą, są ofiary śmiertelne – relacjonował Dziennik Telewizyjny.
Na miejsce katastrofy przybył Minister Górnictwa i Energetyki – gen. Czesław Piotrowski, obecni byli też włodarze woj. piotrkowskiego.
- Ważna rzecz jest taka: awaria miała miejsce na budowie, natomiast bloki, które są w eksploatacji, cztery bloki pracują normalnie bez żadnych zakłóceń – mówił przed kamerami Tadeusz Kołcz, ówczesny dyrektor Elektrowni Bełchatów.
Dziennik w relacji z miejsca katastrofy zapewniał, że ekipy ratownicze pracują nadal i została też powołana specjalna komisja powołana przez ministra.
- Komisja ustala przyczyny i przebieg oraz skutki wypadku, opracowuje też wnioski i konkretne rozwiązania służące przywracaniu rytmu pracy na budowie bełchatowskiej elektrowni, zmierzającego do jak najszybszego uruchomienia bloku nr 5 – przekazano w Dzienniku Telewizyjnym.
Jak relacjonowano w prasie natychmiast po katastrofie do Bełchatowa zjechali projektanci i konstruktorzy. Najpierw opracowano sposoby przeprowadzenia zabezpieczeń, inwentaryzację strat.
- Teraz prowadzą pomiary, badają stopień odkształceń konstrukcji. Od tych wyników zależy, jak będą przebiegać dalsze roboty (…) – pisała Halina Zielińska na łamach „Fundamentów”. – Komisja, powołana do ustalenia przyczyn wypadku, jeszcze nie wydała ostatecznego werdyktu. Wiadomo tylko, że pod wpływem uderzeń wichury (jej prędkość na ziemi przekraczała 35 metrów na sekundę, a w górze musiała być większa) najpierw ukręciła się jedna podpora 75-metrowego „Potaina”. Potem pękła druga. Układ statyczny został zakłócony i dźwig musiał runąć (…)”.
Pomimo ogromnych strat i ludzkiego dramatu prace przy budowie kombinatu musiały być kontynuowane. Powoli wszystko wracało na właściwe tory, a niespełna miesiąc po katastrofie blok nr 5 został zsynchronizowany o krajową siecią, o czym informowała 18 grudnia „Trybuna Ludu”.
- Na budowie Elektrowni Bełchatów przywracany jest już normalny rytm pracy zakłócony katastrofą, jaką spowodował huraganowy wiatr (24 listopada br.). Niedawno rozpalono piąty kocioł, a z niedzieli na poniedziałek o godz. 2.27 dokonano pierwszej synchronizacji bełchatowskiej „piątki” z krajowym systemem elektroenergetycznym – relacjonowano na łamach „Trybuny Ludu”.
Budowa elektrowni Bełchatów zakończyła się dopiero w sierpniu 1988 roku, gdy do użytku został ostatni 12 blok. Co ciekawe, dokładnie 30 lat po oddaniu do użytku pierwszego z bloków w 2011 roku uruchomiony został blok 858 MW w elektrowni, który został „ochrzczony” czternastym, bo ówczesny prezes przyznał, że był przesądny i… pominął pechową „trzynastkę”.
Komentarze (0)